środa, 17 sierpnia 2011...21:10:19

WTF

Wojek Google wywalił mi info, że dzisiaj urodziny ma Pierre de Fermat, a ciocia Wikipedia ładnie wytłumaczyła, że facet jest twórcą Wielkiej Teorii Fermata, w skrócie WTF. Teraz już zawsze widząc WTF będę mysleć o tym że dla każdego n > 2 nie ma takich liczb naturalnych spełniających równanie xn + yn = zn. Kurcze, nabrałam ochoty na rozklepanie którejś enki, której jeszcze nikt nie rozklepał.
Matamatical freak mode ON.

komentarze [2]

niedziela, 19 grudnia 2010...17:58:38

Po co ludziom język?

- Po pierwsze, żeby kłamać. Po drugie, żeby ranić się nawzajem cierniami jadowitych słów. Po trzecie, żeby mówić o tym, czego nie ma.
- A o tym, co jest?
- [...]O tym, co jest, nie należy mówić. To i tak jest przed oczami. Wystarczy wskazać je palcem.

Wiktor Pielewin Święta Księga Wilkołaka

komentarze [0]

poniedziałek, 17 listopada 2008...16:00:11

Sierżant

Sierżant Tomasz Murkowski, lat 30, żona Małgorzata i dwie córeczki: dwunastoletnia Laura i siedmioletnia Agnieszka, zgłosił się do służby poza granicami państwa, pełniąc ją w ramach III zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Republice Iraku. Wrócił.
Drugi raz pojechał do Iraku w ramach VII zmiany, miał pewne wątpliwości co do tej misji, jednak chciał zapewnić odpowiedni byt rodzinie, za żołd mógłby w końcu odnowić mieszkanie, może nawet zmienić samochód...

Późnym wieczorem 10 listopada 2006, kiedy zrobiło się dosyć chłodno i spokojnie, słowacka kompania inżynieryjna wracała do bazy Delta po rozminowywaniu starych składów broni i amunicji na południe od Al Kut. Sierżant Murkowski, który był podczas akcji kierowcą wozu dowodzenia, odliczał dni dzielące go od powrotu do domu, zastanawiał się co napisze żonie w liście...

Konwój został zaatakowany przy użyciu ładunku wybuchowego umieszczonego przy drodze. Eksplozja zniszczyła pojazd łączności. Po ataku konwój został również ostrzelany z broni maszynowej. Sierżant Murkowski jak i jego kolega Słowak - starszy sierżant Rastislav Neplech, zginęli na miejscu ataku...

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej - Lech Kaczyński - pośmiertnie odznaczył w sobotę 11 listopada sierżanta Murkowskiego Orderem Krzyża Wojskowego i awansował go do stopnia starszego sierżanta.

Cztery dni później w Elblągu odbył się pogrzeb. W trakcie uroczystości Prezydent RP Lech Kaczyński wręczył Wdowie po Zmarłym Krzyż Kawalerski Orderu Krzyża Wojskowego. Małgorzata nie płakała, nie potrafiła wycisnąć z siebie ani jednej łzy, choć rozpacz drapała w gardle niemiłosiernie. Młodsza z córek, Agnieszka, była zupełnie zdezorientowana, nie rozumiała dlaczego mama jest taka blada i małomówna, a siostra tak mocno trzyma jej rączkę i cały czas płacze. Babcia mówiła jaj, że idą pożegnać się z tatusiem, ale ona już się z nim żegnała gdy wyjeżdżał zarobić pieniążki. Czy to znaczy, że wróci później, i jak ma się żegnać skoro go tu nie ma, tylko pełno ludzi w mundurach, ale żaden nie jest tatusiem...

Starszy sierżant Tomasz Murkowski to 22. polska ofiara w Iraku.

komentarze [1]

czwartek, 1 maja 2008...20:13:28

Decyzja

Dobro czy zło…
Dzień czy noc…
Kto drogę mi wskaże…
Słońce… Księżyc…
Miłość... Nienawiść.
Dawać życie czy…
… odbierać…
Którą suknię włożyć…
Koloru nocy… czy dnia…

Założę szaty szkarłatne,
Lecz nie krwią splamione.
Zbroję – srebrną jak Księżyc…
…złotą jak Słońce.
Opończę – czarną – aksamitną.
Do pasa przytwierdzę miecz…
…będący Obliczem Honoru rycerza.

Kruki zbierają się na ucztę.
Dziś każda klinga krwią zostanie splamiona.
Sępy z radością wykrzykują swą pieśń…

Lecz po której z stron stanę Ja…
…nie znająca Księcia Mroku…
…nie znająca Królowej Światłości.

Wrzesień 1999r.


__________

Co ja miałam w głowie. Wmawiałam sobie, że jestem bardziej dorosła, że tylko ja mam rację. A teraz... właściwie nie bardzo się zmieniłam. Dalej stoję gdzieś pośrodku, rozdarta, zagubiona, ale dziwnie z tym szczęśliwa.

Edit, 8 maja 2008:

Jestem kompletnie rozbita emocjonalnie, nie potrafię niczego stworzyć (ba nawet prostej całeczki nie potrafię policzyć), ale gęba mi się nie zamyka, czego drobne ślady można odnaleźć na kythwena.eblog.pl.

komentarze [2]

sobota, 12 kwietnia 2008...22:03:39

Na ratunek Wiośnie

Z wspaniałego snu wyrwał mnie głos radio-budzika. Prognoza pogody nie była zachęcająca: „… w tym, ani przyszłym, tygodniu nie spodziewamy się ocieplenia. Wszystkie niże podążają ku Europie…” – smęcił radiowy synoptyk.
Wszystkim ciążyła już ta pogoda, bo mamy już kwiecień i żadnych oznak wiosny. Żadnych kwiatów, ptaków nie ma albo się pochowały, w każdym bądź razie nie było ich słychać. Po jakimś czasie wygramoliłam się z wyrka, ziewając zaparzyłam herbatę.
„Tak, to już postanowione – myślałam. – Demeter znowu ma doła, albo coś i to ja muszę jej pomóc…”.
Po kilku godzinach byłam już w jej sanktuarium.
- O co chodzi tym razem? – spytałam prosto z mostu.
Milczała, blada, wpatrzona w pustkę.
- Czy coś z Karą? – naciskałam.
Kiwnęła głową, a z ust bogini wyrwał się szloch.
- Dlaczego? – dopytywałam dalej.
- Przysłała tylko ten list. – Podała mi kartkę na której widniał znany mi emblemat, poznałam pismo Persefony.
W wiadomości wyjaśniała, że zatrzymały ją „ważne sprawy”, które opóźnią jej przybycie.
- Nie napisała, że nie przyjedzie, tylko że będzie później… Co to za „ważne sprawy”?
- Nie wiem, i to mnie martwi – mówiła już spokojniej. – Ona nigdy nic przede mną nie ukrywała…
- I przez to nie ma być wiosny?! – trochę się oburzyłam, przez tą pogodę popsuło mi się samopoczucie. – Pewnie szykują dla ciebie niespodziankę, nie martw się.
Objęłam Demeter ramieniem, a ona spojrzała na mnie. – Może masz rację – rzekła bez przekonania, ocierając łzy.
- To jak, przywołasz Wiosnę?
- Nie – i wszystko zaczęło się od początku…
- Dlaczego?
– Wiosna… zniknęła… - szlochała – Nie ma jej… nigdzie…
- Niemożliwe, gdzieś musi być.
Ta sytuacja już mnie irytowała, myślałam gorączkowo i postanowiłam odwiedzić Zeusa.

***



Najwyższy z bogów siedział na swym tronie.
- W jakim celu przybywasz, śmiertelniczko? – usłyszałam donośny głos Pana Gromów.
- Pragnę odnaleźć Wiosnę – odrzekłam.
- Nie w twojej mocy jest to zadanie…
- Skąd taka pewność - przerwałam mu. – Chcę jedynie informacji.
- Informacji, powiadasz… – zastanawiał się Zeus - … Dobrze, otrzymasz je. Wiosna jest tam, gdzie nie sięga ludzkie wyobrażenie, gdzie nie liczy się czasu. W niedokończonym planie… - Chyba więcej dowiedziałabym się od wróżki.
- W jaki sposób mogę się tam dostać?
- Droga do Sigil jest tylko jedna… zapomnienie.
Prychnęłam.
- Taak, oczywiście – odezwałam się sarkastycznie – już wierzę.
Prawdopodobnie trochę go zaskoczyłam.
- Posejdon ma moc… - odparł.
- A ty, panie. Nie możesz mi pomóc?
- Podważasz moją boskość?! – Zeus uniósł się z furią.
Nagle wszystko zawirowało, gdy w końcu opanowałam zawroty głowy komnata Olimpijska zniknęła, znajdowałam się teraz w zaniedbanej dzielnicy jakiegoś miasta.
„Więc tak wygląda Sigil – pomyślałam – brudna, śmierdząca dziura”
Spojrzałam w górę, a zamiast nieba zobaczyłam dachy odległych budynków.
Przydałyby się jakieś wskazówki.


***


Minął tydzień błąkania się. Dowiedziałam się, że władczynią tego miejsca jest Pani Bólu, i że Sigil jest miastem bramą, czyli jest tu wiele przejść międzywymiarowych.
Wczoraj szukałam Wiosny w wariatkowie, gdyż tam trafia większość „przypadkowych gości” – jak nazwał ich pewien uprzejmy sklepikarz.
Nie było jej tam.
Dzisiaj udałam się do kostnicy – bo tam trafiają pozostali.
Sprawdzałam pomiędzy ciałami, lecz, na całe szczęście, nie znalazłam jej.
Zamierzałam wyjść, ale powstrzymał mnie zapach ozonu.- „Tak pachnie Wiosna” – pomyślałam.
Ruszyłam w stronę, z której ulatniał się gaz. Znalazłam wąskie drzwiczki, wsunęłam się do pomieszczenia. I, o dziwo, w malutkim pokoju stała młoda dziewczyna. Emanowało z niej ciepłe światło i po policzkach spływały perłowe łzy.
- Wiosna! – Rzuciłam się jej na szyję.
- Kto? – zapytała zdziwiona.
No tak, ona nie pamięta kim jest, ale to nie jest takie ważne, gdy uda nam się stąd wydostać bogowie z pewnością zwrócą jej pamięć…
…Jeżeli nam się uda…



Kwiecień 2001r.



__________

Przeglądałam foldery i znalazłam to opowiadanie. Pisane na szybko, zadanie domowe z języka polskiego. Zabawnie czyta się coś takiego, po siedmiu latach. Błędy gramatyczne i językowe, połamana składnia, porozrywane dialogi, zostawiłam wszystko tak jak było. Szkoda, że nie mam mojego opowiadania z potworem Lovecrafta, które pisałam na sprawdzianie, podobnie z moimi najlepszymi pracami plastycznymi, część pewnie nadal wisi na korytarzu w dawnej Ósemce w Rumii.

komentarze [1]

czwartek, 10 kwietnia 2008...20:39:04

Obóz

Ponieważ mój blog na onecie zmarł, będę sukcesywnie przenosić tutaj to co się z niego zachowało.
__________

Byłam jedyną kobietą w obozie. Ja i dwudziestu siedmiu mężczyzn, chłopców, starców… Byłam im kucharką, sprzątaczką, niańką… Poznałam i pokochałam ich wszystkich i każdego z osobna. Oni stali się moim światem, moją rodziną…
To już dwa lata bez nich, a ja wciąż budzę się o czwartej nad ranem, bo Bastian ma zły sen i to ja muszę go obudzić, powiedzieć, że to był tylko sen, że już wszystko będzie dobrze, otulić chłopca i czekać aż zaśnie ponownie, ale nie ma go…
Nie potrafię funkcjonować, nie potrafię odnaleźć się w tym innym świecie. Byłam im wszystkim, jedyną osobą, która o nich dbała, przewijała niemowlęta, wycierała twarz starym i niedołężnym, przytrzymywała Antuana, gdy miał atak padaczki, opatrywała rany, pocieszała, tuliła do snu, była kochanką, kiedy naprawdę tego potrzebowali, tylko ja potrafiłam udobruchać Dzikiego Sama, gdy miał jeden ze swoich napadów szału. Kochali mnie, każdy na swój odrębny sposób, a teraz… Jaki sens ma moje życie, ta wegetacja.
Obozu już nie ma i nigdy nie będzie…

Czerwiec 2006r.

komentarze [0]

sobota, 15 marca 2008...14:03:07

W kolejce...

...czyli co podręcznik fizyki robi z psychiką.

-Dlaczego nie jedziemy?
-Bo stoimy.
-Więc jak usiądę to pojedziemy.
-Pewnie czeka aż Gdańsk przejedzie.
-Właściwie to mógłby przejechać, zależy od punktu odniesienia. Jak na przykład jedzie się kolejką to ma się wrażenie, że stacje cię mijają i nie ma w tym luk w sensie fizycznym. Jednakże istnieje luka logiczna, bo gdy się nie poruszasz to Gdańsk nie może przejechać...
-O czym tam myślisz?
I wtedy zgubiłam wątek, a kolejka ruszyła.
__________

Edit, 10 kwietnia 2008:

Fragment przeniesiony na kythwena.eblog.pl ze względu na brak zgodności z ideologicznymi założeniami tego bloga.

komentarze [2]

piątek, 16 listopada 2007...10:01:42

死神

Dopijając kieliszek szampana,
na zdrowie śmierci, która z taką łatwością przynosi ten uroczy spokój. W jesienne wieczory.

???


Zaczynam myśleć, że wiem, że rozumiem sarkazm, że wulgarne przedstawienie śmierci miało mnie odstraszyć. Co z tego, skoro i tak do końca życia będę dzieckiem spragnionym podobnych doznań. Zaspokajając potrzeby organoleptyczne niewystarczającymi zamiennikami psychicznymi. I tu nie chodzi tylko o zabijanie.

Lubię przechodzić blisko śmierci. Spojrzeć w oczy, przywitać się. Ona czai się za każdym rogiem i czasem cudownie jest skraść jej pocałunek w jesienne popołudnie. Nie wiem kiedy będzie ten ostatni raz, kiedy przyjdzie po mnie i to jest piękne.

Czuję, że to ja będę tą, która zatańczy na zgliszczach, ku uciesze Takayamy Ryujiego przyglądającego się ze szczytu góry.

Chotto matte yo, Shinigami.

komentarze [8]

środa, 15 sierpnia 2007...10:18:49

えいけつ

Życie i śmierć to dla mnie to samo. Śmierć sama w sobie jest drogą do absolutnej wolności.

Nagisa Kaworu – NGE



Piękny – jak tamten motyl, paź królowej, który nagle opadł niczym zeschły liść na ścieżkę przy polu truskawek w Miechucinie dwanaście lat temu – i był martwy. O mężczyźnie mówi się raczej, że jest przystojny a nie piękny, ale on był inny, zwłaszcza teraz, gdy śmierć wygładziła wszystkie niedoskonałości jego twarzy, wątłe pod koniec życia ciało stało się przyjemnie ciężkie.
Tak długo cierpiał.
Widzę jeszcze jego mokre oczy, straciły chorobliwy blask, a policzków nie pokrywa już gorączkowy rumieniec i te spierzchnięte usta takie spokojne.
Jeszcze... jeden... ostatni... pocałunek.
__________

Wyszło trochę chorobliwie, ale może to i lepiej. Próbuję zrozumieć nekrofilię, do tej pory przerażało mnie wszystko związane ze słowem nekro, jak na razie przyswajam to bardzo osobiście, więc ciąg dalszy może nastąpić wkrótce.

komentarze [3]

sobota, 23 czerwca 2007...22:19:32

Marazm

Przytoczę mój komentarz pod artykułem – Jak Ryszard Nowak walczył z Szatanem na serwisie a?teista:

Kroczę na przełaj wszystkimi ścieżkami, nie utożsamiam się z żadną religią i nie jestem ateistą, bo ateizm to też swego rodzaju wyznanie. Obserwuję wierzących i niewierzących, nikogo nie krytykuję, nawet jeśli dopuszczają się haniebnych czynów. Nie boję się słuchać wywodów świadków Jehowy, jestem odporna na manipulację, mam własny rozum i nie potrzebuję wskazówek…
Jak to dobrze, że świat nie jest czarno-biały i nigdy nie będzie, nieważne jak bardzo fanatycy będą się starać, aby do tego doprowadzić.
Zauważyłam, że chrześcijanie często zupełnie odrzucają szatana, nie wierzą w niego, a powinni, bo szatan wierzy w nas wszystkich. Nawet satanizm nie jest do głębi zły.

Gdy przeczytałam go po raz kolejny zrozumiałam, że ta moja odporność dotyczy prawie wszystkich ludzkich uczuć. Czasem się przydaje, jak w wyżej opisanym przypadku, ale zazwyczaj jest przyczyną problemów, bo za dużo rzeczy jest mi obojętnych, czuję jak własna bierność pochłania mnie, niszczy od środka. Potrafię być obiektywna w każdej sprawie, bo moje poczucie odrębności urosło do takich rozmiarów, że to zawsze są oni, wy a nigdy my. Nie potrafię żyć ‘w społeczeństwie’ tylko zawsze obok. Niby czasem ktoś uzna mnie za przyjaciela, nawet ja mogę uznać kogoś za przydatnego, mogę czuć coś na pozór szczęścia, ale to nigdy nie jest długotrwałe.
Potrafię porzucić bez słowa wszystkich znajomych. Co jakiś czas mam potrzebę zmiany całego otoczenia, boję się, że ktoś może poznać mnie za bardzo i dostanie mrokiem mojego serca prosto w twarz, zamykam się jeszcze bardziej, a gdy zaczynam się dusić uciekam. Ja przebywam z ludźmi, chodzę na imprezy, ale tak jakoś zawsze stoję z boku, nie chcę się mieszać. Wiem, że mam ciekawą osobowość, bogate zainteresowania, lecz tak naprawdę jeszcze z nikim nie podzieliłam się całością. Szczegóły potrafią przybrać dziwaczne kształty, boję się, że gdy ktoś dostanie wszystkie kawałki straci część siebie. Jestem świadoma swojej wyniszczającej mocy i nie chcę nią nikogo zarazić...
„Urodzona pomiędzy skorpionem i strzelcem w roku kota, w roku przemian” – czy to nie brzmi jak przepowiednia. Wciąż doświadczam pewnych znaków. Siedem lat temu kuzyn mojej koleżanki rozmawiając ze mną po raz pierwszy, przez telefon powiedział mi, że mam więcej lat niż mam, a gdy zapytałam go co miał na myśli, powiedział, że nie wie dlaczego tak się wyraził, ale musiał to powiedzieć. Nie wiem ile z tego to prawda, a ile urojenia.

Dlaczego jestem taka nienormalna... Za bardzo wzięłam sobie do serca moją rolę obserwatora. To zaczyna mi już ciążyć. Tyle już wiem o innych, a w dalszym ciągu tak niewiele o sobie samej... Albo znajdę sobie jakieś dziwaczne zajęcie, albo popadnę w stagnację.
Może znasz jakiś sposób, może znasz jakieś dziwaczne zajęcie odpowiednie dla takiego psychola jak ja? Jeżeli przeczytałeś ten tekst to napisz cokolwiek. Nawet ja nie rozumiem tego co napisałam.

komentarze [5]

wtorek, 10 kwietnia 2007...10:55:36

Pianistka (part II, last)

Dziewczyna od kilku dni nie mogła spać. Prześladował ją koszmar. Słyszała Sussie, która mówiła, że o wszystkim wie, że to wszystko na nic się zda i nie ważne czy to zrobi, czy nie i tak będzie miała przechlapane. Najgorsza w tym śnie była pustka: nie było światła, nie było ciemności, żadnych obrazów, tylko głos: raz szept nie znoszący sprzeciwu, innym wrzask, który dochodził z różnych miejsc, czasem słyszała cały chór śmiechów... Już niczego nie była pewna, nie wiedziała kim jest, gdzie jest, czy to co czuje to lęk. Pustka połykała ją niczym czarna dziura.
Za dnia była roztrzęsiona, nie potrafiła wykonać żadnego ruchu samodzielnie, więc cały czas prowadziłam jej dłońmi, co było strasznie wyczerpujące i pochłaniało cała moją uwagę. Nie mogłam zająć się obserwacją Sussie i jej bandy. Zetknęłam się z nimi dopiero w toalecie, gdy otworzyły się drzwi kabiny. Wtedy zrozumiałam, że Sussie nie jest moim tworem, że od tej chwili ten sen już nie jest wyłącznie mój, poczułam siłę, której istnienia nie byłam świadoma. Wiadro wyślizgnęło się z moich, jej rąk, ale zanim straciłam władzą nad pianistką przekazałam jej odrobinę własnego jadu, pragnie sprawiania bólu, zarówno fizycznego jak i psychicznego, dałam dziewczynie moje własne wyrachowanie, wyobraźni artystce nie brakowało.
Dostrzegłam w jej oczach blask, który tak bardzo ukochałam. To dodało sił, łzy przestały płynąć, szloch ustał, usta wygięły się w nienawistny grymas. Szuflada wciąż otwierała się z piskiem nie nasmarowanych szyn i zamykała z trzaskiem łamanych kości.

KONIEC

komentarze [2]

poniedziałek, 26 lutego 2007...22:35:01

Pianistka (part I)

Kolejne nie wiadomo co...

__________

Miarowy huk, ciche jęki bólu tłumione płynącymi łzami. Krew kapiąca wprost do umywalki. Zupełnie nie pasująca do sterylnie białych kafelek toalety, ciężka dębowa szuflada tuż nad kranem. Oprawczyni z całkowitym spokojem, a nawet pewną satysfakcją zatrzaskiwała szufladę z wetchniętymi pod nią palcami dziewczyny. Przywódczyni gangu stała tuż obok z założonymi rękami, ale już od jakiegoś czasu zbierało jej się na wymioty. Zastępczyni, szumnie nazywana „najlepszą przyjaciółką”, bo tak łatwiej wyegzekwować totalne posłuszeństwo, właśnie wymknęła się do kabiny opróżnić żołądek. Pozostałe dziewczyny odeszły wcześniej.

A ja mogłam tylko obserwować. Straciłam kontrolę nad katowaną, dokładnie w tym momencie, gdy wyślizgnęło jej się wiadro z pomyjami, które miało spocząć na głowie „liderki”, lecz prawdopodobnie w wyniku mojej nieostrożności wylądowało pod jej nogami, ochlapując tylko kostki.

Plan zemsty był opracowany. Pianistka zatrudniła się w szkolnej stołówce, aby mieć dostęp do „płynnych odpadków”, wiedziała, że właśnie o tej porze wszystkie sześć spotyka się w pierwszej od okna kabinie toalety na drugim piętrze na wspólnego papierosa. To było proste i w swej prostocie genialne, lecz kilka rzeczy poszło nie tak...

C.D.N.

komentarze [3]

poniedziałek, 1 stycznia 2007...11:30:59

Póki płyną łzy

Słyszę cichy płacz.
Ciemno.
Trzask zamka.
Małe serduszko zaczyna bić szybciej, jak kanarka ściskanego w garści.
W drzwiach pojawia się szpara, do maleńkiego pomieszczenia dostaje się fałszywe żółte światło.
Dziewczynka nic nie widzi, oślepiona gorzkimi łzami, już nie próbuje uciekać, już nie potrzebuje słów.
Wie co ma robić. Wyciera oczy, zaciska małe piąstki, wstaje…
Zaciskam powieki, ale wciąż słyszę: okropne, rytmiczne, mokre dźwięki, buzującą krew, jęk i padające krople.
Coś narasta, niedługo wybuchnie.
Potem tylko odgłos suwaka, trzask drzwi i cichy płacz zmienia się w szloch.
Jest nadzieja.
Póki płyną łzy…

komentarze [16]

czwartek, 21 grudnia 2006...21:13:50

List

To co nas łączyło to nie była miłość, miłość nie jest taka...
Było miło... nawet bardzo... słodko. Tak, byłaś dla mnie osłodą, ale ze słodyczami nie można przesadzać. Żegnaj.

Twój...
(...tak właściwie to kim ja dla ciebie byłem?)

komentarze [1]

niedziela, 12 listopada 2006...16:33:04

Jesienna deprecha

Późnym wieczorem, gdy wschodzi jej gwiazda, która zgasła przed wiekami, podtrzymywana lekkim podmuchem wiatru jej myśli, ma wszystko – melancholijną grę światła i cienia, piękną, wyniosłą muzykę i marzenia…
… lecz dziś nie jest taka noc…
Gwiazda zamrugała i zgasła, skończyła się płyta w starym, kruchym gramofonie… pozostawiając po sobie szum… Wygasła od zawsze migocąca oliwna lampka… Wypaliła się ostatnia iskra w jej sercu… cisza, mrok, bezruch… Jedynie tchnienie gibkiego Anioła muska jej martwe oblicze…

Samotna, szara postać wędruje po świecie, a chmury, jej służki, za nią podążają. Szybkim, równym krokiem stąpa. Uderzenia miękkich, podkutych butów… jak krople padające na martwe liście… dźwięczą.

komentarze [6]